Wonder Woman z Wenezueli

Wonder Woman

Wonder Woman by Doug Braithwaite and Alex Ross © 2006 DC Comics

Wygląda na to, że nie tylko ja zwróciłem uwagę na zdjęcie wysportowanej, zadbanej i raczej niebrzydkiej Wenezuelki, która 1 maja, w Caracas, rzucała kamieniami w stronę szarżującej Gwardii Narodowej.

Teksty jej poświęcone ukazały się bowiem na całym świecie. Na blogach i dużych informacyjnych portalach. W ciągu kilkudziesięciu godzin stała się swego rodzaju ikoną wenezuelskich protestów – media nazwały ją wręcz Wonder Woman (po hiszpańsku Mujer Maravilla), co jest oczywiście nawiązaniem do superbohaterki popularnej w Stanach Zjednoczonych serii komiksów.

Wenezuelska Wonder Woman ma już też prawdziwe imię i nazwisko. Lokalni dziennikarze zdołali ją zidentyfikować po tym, jak opublikowała na swoim instagramie zdjęcie wykonane przez reportera AFP, dziękując mu za taki wojowniczy portret.

Bohaterką tego zdjęcia okazała się być Caterina Ciarcelluti, 44-letnia była modelka, a obecnie trenerka fitnessu.

Ta nagła sława, międzynarodowa w dodatku, sprawiła, że jej instagramowe konto stało się niezwykle popularne. Liczba obserwatorów, w ciągu kilkunastu godzin, wzrosła z kilku do kilkudziesięciu tysięcy. A nowe komentarze są przeróżne, choć na ogół entuzjastyczne: „To jest prawdziwa wenezuelska siła!„, „Pozdrowienia z Argentyny, trzymamy za Wenezuelę i za Ciebie kciuki!„, „Naprawdę masz 44 lata? Czyli rzeczywiście Wenezuelki są najpiękniejsze! Zakochałem się!„, „Wenezuelska Spartanka, cudowna!„, „Kobieta-goliat! Cudowna!„, „Niech Bóg ma Ciebie w opiece. Ciebie i walkę o wolną Wenezuelę„.

Oczywiście, bo hejt w sieci to nie jest bynajmniej polska specjalność, nie zabrakło też złośliwych i krytycznych uwag, z różnych stron wenezuelskiego konfliktu: „Cyce i dupa. I nic więcej!„, „Idiotyczne zdjęcie, pokazujące jak bardzo niektórzy nie potrafią myśleć. Zdjęcie takiej prostytutki staje symbolem, tych którzy walczą? Walka, to nie szukanie sławy pokazując cyce i nogi„, „Ta wymuskana i zoperowana baba-chuligan nie jest Wenezuelą. Prawdziwa Wenezuela to robotnice broniące Rewolucji!„.

Pojawiły się też głosy, że słynne już zdjęcie zostało „ustawione”, zainscenizowane, wyreżyserowane. Że fotograf i bohaterka zrobili je dla rozgłosu. Wystarczy jednak zerknąć na instagram Cateriny, żeby się przekonać, że 1-majowa demonstracja, podczas której została sfotografowana, nie była wcale jej pierwszą. Że chodzi na nie tylko regularnie i wcale nie unika pierwszej linii starć. Jak np. tutaj, w połowie kwietnia, selfie po nawdychaniu się policyjnych gazów:

manifestacja w Caracas

A to, że zawsze eksponuje swe piersi? Jak to kiedyś powiedziała mi równie efektownie zoperowana znajoma Wenezuelka: „Nie po to wydajesz wcale niemałe pieniądze, żeby potem je wstydliwie ukrywać!”

Wygląda na to, że Catarina postanowiła wykorzystać ten swój celebrycki moment i zagrzewa swych rodaków do walki z reżimem. Dzisiaj na jej instagramie pojawił się taki apel:

To właśnie w tych najgorszych momentach nie należy tracić wiary. Idziemy do cholery! Wybudźcie się z apatii, przecież Wenezuela jest nas wszystkich i wszystkich nas boli. Trzeba ludzi trzeźwo patrzących, silnych, pozytywnie nastawionych i razem się nam to uda. Nikt nie mówił, że to będzie łatwe, ale też nikt nie powiedział, że to niemożliwe.

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie Cateriny z 1-majowej demonstracji. Tym razem zrobione przez Juana Barreto, także pracującego dla francuskiej agencji AFP:

Caterina Ciarcelluti

Caterina Ciarcelluti, fot: Juan Barreto/AFP

Wonder Woman? Co o tym myślicie?

 

4
Obrazek

Guerreras venezolanas!

To już miesiąc antyrządowych manifestacji w Wenezueli. Miesiąc marszów, blokad dróg, starć z policją i Gwardią Narodową. Każdego dnia. I, mam wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej intensywnie, z coraz większą determinacją. „Chcemy wolności, chcemy przestrzegania Konstytucji!” – krzyczeli wczoraj studenci Centralnego Uniwersytetu Wenezueli, największej publicznej uczelni w kraju. Ich sit-in przy głównym wjeździe na teren kampusu nie trwał jednak długo. Gazy i armatki wodne szybko przegoniły pacyfistów i rozwścieczyły radykałów – w ruch poszły kamienie, płonące opony i koktajle Mołotowa.

Ten sam scenariusz powtarza się, niezmiennie, każdego dnia: pokojowa manifestacja -> szarża mundurowych -> bitwa uliczna.

Póki co, żadna strona nie wydaje się być skłonna do uczynienia kroku do tyłu, czy nogocjacji. Rząd okopuje się w swoich paranojach, oskarżając już o próbę przeprowadzenia zamachu stanu nie tylko Stany Zjednoczone, czy Hiszpanię, ale i połowę państw latynoamerykańskich z pacyfistyczną Kostaryką i rządzonym przez lewicę Chile włącznie.

Manifestanci też się nie poddają. Brutalność rządowych siepaczy, blisko 30 dotychczasowych ofiar śmiertelnych w czasie tej ostatniej fali protestów – to wszystko nie robi już na nich wrażenia. Chociaż nie, robi, ale przeciwne temu, na które liczy pewnie rząd – opozycja, wobec przemocy, się radykalizuje. -Z szacunku do tych, którzy zginęli, którzy zostali zabici, trzeba tę walkę kontynuować. Do końca. Bo co nam zostaje? Znowu się wycofamy, wrócimy do domów i będziemy wegetować? Nie! Tak nie można. Ja mam w domu schowany pistolet. I jak będzie trzeba to zacznę strzelać. Skoro oni do nas strzelają, to dlaczego my się mamy powstrzymywać. Krew już się leje. Więc chodzi o to, żeby nadać temu sens, żeby potem można było powiedzieć – było strasznie, ale było warto!- zagrzewał wczoraj do walki, na whatsappowej grupie, Gustavo – znajomy, 47-letni dentysta.

Zresztą znaczenie słowa „opozycja” też się zmienia. W minionych tygodniach na ulice wyszli moi znajomi, którzy wcześniej od polityki trzymali się daleko. Tak, jak Myriam – młoda 32-letnia dziewczyna, pracująca jako asystentka dyrektora w niewielkiej firmie zajmującej się importem produktów do przetwarzania ropy naftowej (dobry biznes).

Nigdy nie chodziłam na wybory. Opozycja też mnie nie interesuje. Po prostu nie chcę stąd wyjeżdżać. Większość moich znajomych już wyjechała, ale ja nie chcę. Bo to mój kraj. Chcę pogonić tę bandę złodziei, którzy wszystko rozkradli, którzy zrobili z Wenezueli pariasa. Mam przewlekle chorą mamę i od ponad pół roku nie mogę kupić lekarstw, które potrzebuje. Ja też chciałabym normalnie żyć. Nie chcę wielę – po prostu marzę o tym abym ponownie mogła kupić w sklepie np. papier toaletowy, cukier, kawę, szampon do włosów. I żebym nie musiała się bać, że ktoś mnie napadnie w drodze do tego sklepu. Właśnie dlatego chodzę prawie codziennie na manifestacje i jak tylko mogę rzucam w tych bandytów w mundurach kamieniami. Za mnie, za moją chorą mamę i za mojego Świętej Pamięci ojca, który został porwany i zastrzelony 2 lata temu.– tłumaczyła mi kilka dni temu.

Wczoraj wieczorem przeglądałem zdjęcia z ostatnich walk ulicznych w Caracas i to co zwróciło moją uwagę, to że jest na nich wyjątkowo dużo kobiet. Wcześniej, takie przynajmniej odnosiłem wrażenie, dziewczyny manifestowały, ale gdy uruchamiano armatki wodne, gdy w powietrzu zaczynały latać pojemniki z gazem i kamienie, to jednak wycofywały się, jeśli nie do domu, to przynajmniej z pierwszej linii.

Teraz jest inaczej – na zdjęciach ze starć coraz częściej widać płeć piękną. Młode, starsze, w lekarskich kitlach, zakonnice w habitach, ale też w kaskach na głowie i z kamieniami, czy koktajlami Mołotowa w dłoni. I, jak to w Wenezueli, często bardzo wypielęgnowanej dłoni.

Cały ten powyższy wstęp napisałem w sumie tylko po to, aby pokazać Wam jedno zdjęcie. Zrobił je wczoraj w centrum Caracas Federico Parra, fotograf współpracujący z francuską agencją prasową AFP.

Jak dla mnie to zdjęcie-symbol. Kwintesencja aktualnej Wenezueli. Jej kultu kobiecej piękności (często wspomaganej chirurgicznym skalpelem) i chaosu w którym kraj coraz bardziej się pogrąża. Takie zdjęcie, obecnie, mogło chyba powstać tylko tutaj. Bo przecież nie w Polsce, nie w Stanach Zjednoczonych, nie w Chile, nawet chyba nie w Brazylii.

Proszę, oto współczesna guerrera venezolana:

kobiety w Wenezueli

Wczoraj w Caracas (fot: Federico Parra/AFP)

1

Zbieracz(e) lalek z Caracas

Przypuszczam, że chyba każde większe miasto, a w tych największych to pewnie i każda dzielnica, ma – od czasu do czasu – swe bardzo charakterystyczne postacie: dobrze znanych jego mieszkańcom oryginałów, ekscentryków, lekkich świrów, szurniętych artystów, którzy na początku intrygują, szokują, zadziwiają, lecz z czasem stają się częścią lokalnego folkloru. Taką barwną, dobrze znaną miejscowym, dekoracją.

W moim rodzinnym Sopocie był np. Parasolnik i Peter Konfederat. Osoby totalnie różne, ale – zdecydowanie – będące częścią tej miejskiej scenografii. Do tego stopnia, że choć tego pierwszego, z racji wieku, nie miałem okazji osobiście poznać, to dorastałem słuchając opowieści o nim. I który doczekał się, odsłoniętej w 2000 r., upamiętniającej go rzeźby w samym centrum miasta.

Nie inaczej jest w Caracas. Ta prawie 5-milionowa metropolia ma wielu charakterystycznych oryginałów. Np. w pełnej barów i restauracji dzielnicy Las Mercedes jest brodaty kloszard, który ponoć był kiedyś uniwersyteckim wykładowcą i potrafi zagadać do mijających go przechodniów w wielu językach, włącznie z polskim. W Chacao jest natomiast „Czerwona Dama” – starsza pani ubierająca się zawsze na czerwono, włącznie z nieodłącznym szkarłatnym kapeluszem z szerokim rondem, która pojawia się na prawie wszystkich większych imprezach i zgromadzeniach tylko po to, aby zachwalać aktualnego prezydenta, deklarować mu miłość i hołubić Boliwariańską Rewolucję.

Jednak najbardziej chyba znanym i owianym w tym mieście legendami dziwakiem jest tzw. „Zbieracz Lalek” – El Coleccionista de Muñecas, krążący już od kilkunastu lat, po całej wenezuelskiej stolicy, w swej rozklekotanej, starej ciężarówce wystrojonej fragmentami zabawek, głównie lalek.

Z widzenia samochód ten znają już chyba wszyscy karakeńczycy. Jedni na jego widok się śmieją, inni nerwowo odwracają wzrok, są też tacy którzy się religijnie żegnają. Jakby diabła zobaczyli. Ba, straszy się nim nawet wenezuelskie dzieci.

Zbieracz Lalek z Caracas

fragment samochodu Zbieracza Lalek z Caracas

Sam słyszałem jak znajoma matka mówiła kiedyś do swojego 5-latka: jak wyjdziesz poza plac zabaw, to cię porwie Zbieracz Lalek. A Matías, ten mały rozbójnik, słysząc to wskoczył z krzykiem na bezpieczne matczyne kolana. Bo nie raz widział już ten samochód i bardzo się go boi. Bo pewnie słyszał też miejską, powtarzaną najczęściej szeptem legendę, że każda wisząca na ciężarówce lalka, to pamiątka po rozjechanym przez nią dziecku…

Ale tak jak niemal wszyscy w Caracas znają ten charakterystyczny pojazd, wyglądający jakby uciekł z planu jakiegoś filmu Tima Burtona, tak mało kto, tak naprawdę, wie kto siedzi na jego kierownicą. Większość nigdy nawet nie widziało twarzy kierowcy. Prawie nikt nie wie jak się on nazywa.

Joyce Kahn i Emiliano León postanowili to zmienić i nakręcili o nim mini dokument. Panie i Panowie – oto Jesús Poleo, Zbieracz Lalek z Caracas:

Co ciekawe, nie jest to jedyny intrygujący karakeńczyków amator plastikowych główek. Ten drugi, Etanis González, ma w dodatku znacznie większą i dłużej tworzoną kolekcję. Ale jego sława jest bardziej lokalna, bo z fragmentami lalek nie jeździ po całym mieście, a jedynie eksponuje je z balkonu swego, znajdującego się w dzielnicy Santa Rosalía, mieszkania:

Zbieracz lalek z Caracas

Balkon innego Zbieracza Lalek z Caracas (fot: Carlos Jasso/Reuters)

Caracas Lalki

Straszny, czy piękny? (fot: Carlos Jasso/Reuters)

 

A jak jest w Waszych miastach? Też macie takich lokalnych dziwaków?

0
Notatka na marginesie

Derek Walcott (1930-2017)

Night in the gardens of Port of Spain

Night, the black summer, simplifies her smells
into a village; she assumes the impenetrable

musk of the negro, grows secret as sweat,
her alleys odorous with shucked oyster shells,

coals of gold oranges, braziers of melon.
Commerce and tambourines increase her heat.

Hellfire or the whorehouse: crossing Park Street,
a surf of sailor’s faces crest, is gone

with the sea’s phosphoresence; the boites-de-nuit
tinkle like fireflies in her thick hair.

Blinded by headlamps, deaf to taxi klaxons,
she lifts her face from the cheap, pitch oil flare

toward white stars, like cities, flashing neon,
burning to be the bitch she must become.

As daylight breaks the coolie turns his tumbril
of hacked, beheaded coconuts towards home.

Derek Walcott – poeta Karaibów, laureat literackiego Nobla. Zmarł dzisiaj na swojej ukochanej Saint Lucii.

 

0

Biografia Socratesa. Brazylijskiego.

„Doktor Socrates – piłkarz, filozof, legenda”

To nie lada gratka dla fanów brazylijskiej piłki nożnej i Brazylii generalnie – ukazała się właśnie biografia Socratesa. Oczywiście chodzi tu nie o greckiego myśliciela, ale jego – zmarłego w 2011 roku – południowoamerykańskiego imiennika, który uważany jest za jednego ze 100. najwybitniejszych piłkarzy w historii światowego futbolu.

Wybitnego piłkarza, ale też wyjątkowego człowieka, erudytę. Niektórzy mówią, że także filozofa.

Zacznijmy od tego, że to nie przez przypadek Socrates nazywany był przez Brazylijczyków „Doktorem”. On nim naprawdę był. Kariera zawodowego piłkarza nie przeszkodziła mu w ukończeniu studiów medycznych. Ba, on też z tej medycyny, w przerwach między meczami i treningami, zdołał się też doktoryzować. I nie był to, bynajmniej, dyplom zdobyty dla szpanu, samosatysfakcji, czy powieszenia na ścianie.

Doktor Sócrates Brasileiro Sampaio de Souza Vieira de Oliveira, bo tak brzmiało jego pełne imię i nazwisko, podczas całej swej piłkarskiej kariery medycyną praktykował, pomagając m.in. kolegom z murawy wychodzić z kontuzji i nieraz wyręczając klubowego, czy reprezentacyjnego medyka. A po zakończeniu kariery otworzył specjalizującą się w medycynie sportowej przychodnię w Ribeirão Preto.

Doktor Socrates

Najważniejszym klubem w jego piłkarskiej karierze było, bez wątpienia, SC Corinthians z São Paulo, w którego barwach rozegrał 298 meczy, strzelając w ich trakcie 172 bramki. Co jak na zawodnika nie grającego w ataku (Socrates był ofensywnym pomocnikiem) jest wynikiem zdecydowanie ponadprzeciętnym.

Ale Socrates nie tylko grał i leczył. On był też politykiem. W swym klubie współtworzył ruch „Democracia Corintiana”, który doprowadził do tego, że był on zarządzany w sposób w pełni demokratyczny, poprzez głosowania, w których głos prezesa, czy najpopularniejszego piłkarza, liczył się tak samo jak ten oddany przez masażystę, sprzątaczkę, czy kasjerkę. A wszystko to działo się w okresie, w którym Brazylia była całkiem ponurą, wojskową dyktaturą.

Mimo to Socrates i jego koledzy wybiegali na murawę w koszulkach z drażniącymi mundurowych napisami w stylu „Demokracja”, albo „Wolne wybory”.

Był też jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy ruchu „Directas Ya”, domagających się przywrócenia bezpośredniej elekcji prezydenta kraju.

Ale to aktywne domaganie się wolnego dostępu do urn nie przeszkadzało mu – równocześnie – głoszenia wszem i wobec, że jeszcze lepsze od prezydenckich wyborów byłoby… przywrócenie w Brazylii monarchii konstytucyjnej.

Ten wyjątkowy piłkarz, a właściwie należałoby powiedzieć wyjątkowy człowiek, grał też, oczywście, w brazylijskiej reprezentacji. Robił to przez aż siedem lat, w tym większość jako jej kapitan.

To on np. przewodził Seleção na hiszpańskim Mundialu w 1982 roku, kiedy to Brazylijczycy z m.in. też Zico i Falcão, choć nie udało im się wyjść z fazy grupowej, uznani zostali za najpiękniej grającą drużynę.

Cztery lata później, w Meksyku, to właśnie Brazylia Socratesa wyeliminowała Polskę w jednej-ósmej finału bezapelacyjnym 4:0, a on sam, w karnym, pokonał Józefa Młynarczyka strzelając z miejsca, bez żadnego rozbiegu.

Bycie sportowcem i lekarzem nie oznaczało jednak, że Socrates prowadził zdrowy tryb życia. Znany był m.in. z tego, że nerwowo palił papierosy w przerwach rozgrywanych meczy, a zwycięstwa i porażki obficie oblewał alkoholem. Bardzo obficie. Tak bardzo, że nabawił się marskości wątroby, która znacznie przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci, w wieku 57 lat, oficjalnie z powodu zatrucia pokarmowego.

Wyjątkową historię brazylijskiego Socratesa opisał właśnie Andrew Downie, Szkocki dziennikarz mieszkający od kilkunastu lat w Brazylii, gdzie głównie zajmuje się sportem i wokółsportowymi sprawami.

Doctor Socrates: Footballer, Philosopher, Legend” to owoc setek godzin rozmów z piłkarskim kompanami futbolisty, z jego krytykami, współpracownikami, czy politycznymi oponentami.

Downie swoją mrówczą pracą zyskał m.in. zaufanie najbliższej rodziny nieżyjącego piłkarza, która udostępniła mu jego, nigdy wcześniej nie publikowane, dzienniki.

Efekt jest pasjonujący. Ja sam, choć piłka nożna mogłaby dla mnie, na dobrą sprawę, w ogóle nie istnieć, nie mogłem się od niej oderwać. Bo to nie jest futbolowa historia. To opowieść o bardzo ciekawym i niezwykle intensywnym życiu wyjątkowego człowieka, który nigdy zawsze bezkompromisowo bronił swych ideałów. Z piłką nożną i Brazylią w tle.

Książka do kupienia, między innymi, w brytyjskim Amazonie. W amerykańskim też.

Zdecydowanie polecam!

 

0
Cytat

Południowoamerykańskie mrzonki prezesa Kaczyńskiego

Tu jest takie pytanie - czy w kraju, który co prawda ma dość znaczną powierzchnię, ale dość okrągły kształt, jest sens budowania dużej ilości lokalnych lotnisk? Czy nie lepiej by w tej chwili mieć takie potężne lotnisko międzynarodowe, światowe, gdzieś niedaleko Warszawy. Ja nie ukrywam, że wypowiadam się za tą drugą ewentualnością, bo Polska nie powinna być prowincją. Dlaczego w Wiedniu jest lotnisko, z którego można lecieć do Ameryki Południowej, do Australii, właściwie można powiedzieć, że wszędzie, a w Polsce takiego lotniska nie ma.
Jarosław Kaczyński

 

Ciekawe, czy prezes Kaczyński kłamie bezczelnie i świadomie, czy po prostu z niewiedzy? Bo wczoraj, na antenie publicznego Radia Białystok, roztaczał swoją wizję „światowego lotniska pod Warszawą”, posiłkując się przy tym Wiedniem, które – według szefa PiSu – posiada połączenia z całym światem, w tym z Ameryką Południową i Australią.

Jest to, tymczasem, totalna bzdura. Z Wiednia nie dolecimy bez przesiadek ani na jeden kontynent, ani na drugi. Najbliższymi Ameryce Południowej miejscami, do których można z Vienna International Airport dolecieć, jest kubańskie Varadero i dominikańska Punta Cana, gdzie – tylko w niektórych miesiącach roku – lata niemiecki Condor.

Ale, co w głowie Naczelnika najwyraźniej się nie mieści, dokładnie tak samo jest w przypadku Warszawy – z Okęcia, ba nawet czasem i z regionalnych lotnisk, w sezonie latają samoloty w popularne wakacyjne kierunki – na Kubę, Dominiknanę, a nawet do Meksyku!

Wiem, że to raczej płonna nadzieja, ale może ktoś temu panu wytłumaczy – zanim wydamy setki milionów na wydumane przez niego lotnisko – że ilość połączeń bardzo rzadko zależy od wielkości samego lotniska. Że to najczęściej wypadkowa wielkości i prężności mającego tam swe operacyjne centrum przewoźnika. Nie na odwrót.

Co więcej, historia lotnictwa pasażerskiego jest pełna spektakularnych porażek lotnisk wybudowanych na życzenie polityków marzących o połączeniach z całym światem. I to w krajach znacznie zamożniejszych, posiadających dużych, globalnych rzec by można, lotniczych przewoźników. Chociażby Montréal International Airport – wybudowano go z gigantycznym rozmachem, jako największe lotnisko świata i administracyjnie zmuszono, aby duża część międzynarodowych lotów odbywała się właśnie z niego. Politycy byli zachwyceni.

Jedyny problem w tym, że nowe lotnisko nie spodobało się pasażerom. Bo musieli na nie zbyt daleko i zbyt długo dojeżdżać. Po kilku latach utyskiwań, narzekań i skarg wszystkie połączenia wróciły na stare, w międzyczasie, unowocześnione lotnisko na obrzeżach miasta.

Montreal International Airport wciąż istnieje. 3 lata temu wyburzono zaprojektowany przez świetnych architektów terminal. Lotnisko obsługuje obecnie wyłącznie loty cargo i sanitarne. Kanadyjczycy nazywają go Białym Słoniem – jest pomnikiem megalomanii polityków.

Montreal International Airport w Kanadzie wybudowano z niebywałym rozmachem – miało być największe na świecie. Dzisiaj nie ląduje tam żaden samolot pasażerski.

Z wspomnianego przez naczelnika Kaczyńskiego Wiednia można, to prawda, polecieć do wielu miejsc na świecie, ale – bynajmniej – nie dlatego, że tamtejsze lotnisko jest duże (bo nie jest), ale dlatego, że działa na nim zarówno Austrian Airlines (mające flotę 80 samolotów, którymi lata na 130 lotnisk świata) i low-costotwe Niki z kolejnymi 16 samolotami.

Tymczasem walczący od wielu lat o przeżycie LOT samolotów ma niespełna 45, z czego zaledwie 6 to samoloty do lotów międzykontynentalnych.

Wracając do manipulacji prezesa PiSu – jedynym europejskim lotniskiem, z którego są rozkładowe loty do Australii jest londyńskie Heathrow. A do Ameryki Południowej dolecimy bezpośrednio z Londynu, Paryża, Madrytu, Lizbony, Porto, Rzymu, Zurychu, Amsterdamu, Frankfurtu i Stambułu.

Z Wiednia nie.

0

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.